Tylko kulturalnie

Bilbo Bagosz, czyli o odpowiedzialności tłumacza za książkę

Kiedyś postanowiłam sobie, że książki autorów angielsko- i francuskojęzycznych będę czytać w wersji oryginalnej. Nie będę Was trzymać w napięciu: z tego postanowienia wyszło oczywiście tyle, ile zazwyczaj wychodzi z postanowień, na przykład noworocznych albo coponiedziałkowych.

Od niezrealizowanych planów ważniejszy jest jednak powód, dla którego takie postanowienie pojawiło się wtedy w mojej głowie. Otóż, czytając niektóre książki w polskim przekładzie, zadaję sobie dwa pytania:

A) Czy w oryginale książka też jest tak słabo napisana?

B) Jak to słowo, które w polskiej wersji jest tak dziwne/niedopasowane/archaiczne, brzmiało w oryginale?

No i nie dowiem się tego, nie czytając wersji napisanej przez autora. Bo przecież tłumacz, chcąc nie chcąc, staje się współautorem. To od niego zależy, czy wiernie odda styl, w jakim napisany jest oryginał, czy wyłapie (i będzie umiał sprytnie przetłumaczyć, co jest nie lada wyzwaniem) gry słów i frazeologizmy, i wiele innych ‚czy’.

Ale to nie wszystko – przekład nie dotyczy przecież samej treści, ale też kontekstów, które są kluczowe dla zrozumienia wizji autora na jego książkę. Jeżeli czytamy na przykład powieść, która jest mocno osadzona w jakiejś obcej kulturze, rolą tłumacza jest także – cały czas za pośrednictwem tekstu – przybliżenie nam jej niuansów tak, żeby fragmenty, które mają być zabawne, nas bawiły, a kontrowersje wzburzały.

No i to wszystko jest naprawdę bardzo trudne, i wymagające ogromu czasu i pracy, ale ta cała teoria bierze w łeb, kiedy czytając np. książkę o smartfonach, SMS jest przetłumaczony jako „tekst” (no bo przecież po angielsku mamy „text”). I czytam, że „wysyłamy teksty”, „odbieramy teksty” i nie wiadomo co jeszcze z tymi tekstami w smartfonie robimy. (Tu jeszcze pojawia się osobny temat roli redaktora, no bo przecież ktoś te „teksty” musiał zaakceptować i puścić dalej).

Pojawia się też pytanie, kiedy tłumacz powinien powiedzieć sobie dość. Czy ochrzczenie Bilba Bagginsa Bagoszem z Bagoszna jeszcze mieściło się w jego kompetencjach, czy to już tłumaczeniowa samowolka? No bo przecież nikt na szczęście nie wpadł na to (albo nie pozwolił), żeby Harry Potter w polskim przekładzie był Henrykiem Garncarzem.

Więc czemu niektóre imiona i nazwy się tłumaczy, a inne nie? Czy istnieje jakiś podręcznik tłumacza, gdzie na pierwszej stronie byłoby wytłuszczone 7 grzechów głównych przekładu, i pierwszym z nich byłoby ingerowanie w nazwiska postaci albo tłumaczenie „texts” na „teksty” zamiast „SMS-y”?

Uważam po prostu, że sama znajomość języka nie czyni jeszcze z człowieka dobrego tłumacza. Przydałby się jeszcze dryg do pisania, trochę kreatywności, obycia w obydwu kulturach, żeby wyłapywać i umiejętnie tłumaczyć te wszystkie językowe smaczki zawarte w oryginale. I żeby czytelnik nie musiał się zastanawiać, czyją winą jest ta książka, którą akurat czyta – autora, czy tłumacza.

komentarze 2

  • Marcin

    Zasadniczo bardzo się jaram tłumaczeniem jako takim, więc temat jest mi bliski. A Tolkien (z różnych powodów) jeszcze bliższy.
    No więc z Bagoszem było tak, że Łoziński – czego by o nim nie mówić – opierał się na bardzo wyraźnych wskazówkach Tolkiena. Dość długo po wydaniu LOTRa, Tolkien stał na stanowisku że książka powinna być przez tłumaczy osadzana w lokalnym kontekście tak mocno, jak to tylko możliwe. Tłumaczeniu powinny więc podlegać imiona własne i cała toponimia świata. Tolkienowi zależało na tym, żeby była to opowieść o lokalności, pewnego rodzaju pochwała tradycyjnych wspólnot i wartości.

    JEDNAK z czasem doszedł do tego, że jego opowieść jest dogłębnie angielska: poczynając od świata (obecnie identyfikuje się nawet konkretne miejsca, które zostały przedstawione w powieści), a kończąc na mieszkańcach i ich podejściu do życia (nie wspomnę już nawet o systemie politycznym). Większość twórczości Tolkiena to jego próba stworzenia tzw. mythology for England – poradzenia sobie z kompleksem braku spójnej i ogólnie znanej mitologii angielskiej (Grecy mają, Rzymianie mają, nawet Skandynawowie mają, a taka wybitna kultura jak angielska – nie ma). Zmienił więc z czasem oczekiwania odnośnie tłumaczeń.

    Teoretycznie więc Łoziński miał rację. Teoretycznie, bo znana (i dostępna) jest korespondencja Tolkiena z Marią Skibniewską, w której wyraźnie pisze on tej zmianie i jasno komunikuje swoje oczekiwania w tym zakresie.

    Nie zmienia to faktu, że formalnie praca Łozińskiego jest dość interesująca. Z tym, że nie da się tego czytać 🙂
    BTW, polecam cudowne „Od Shakespare’a do Szekspira” pod redakcją Barańczaka. O tłumaczeniu i idei zgodności z oryginałem właśnie. Oraz „Anglików na pokładzie”, czyli opowieść, gdzie mieszają się narracje kilkunastu bohaterów, a każdego bohatera tłumaczył inny tłumacz. Uczta!

    ps. Powodzenia w blogowaniu! 🙂

    • Olga

      Dziękuję za tak obszerny komentarz! 🙂 Sięgnę na pewno po książki, o których piszesz – tej Barańczaka już słyszałam. W tekście akurat podałam angielskie przykłady, ale oczywiście zagadnienie dotyczy każdego języka obcego i znajomości – lub nie – danej kultury. A co do tłumaczenia Łozińskiego, to zgadzam się z Twoją puentą – nie da się. ;D

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *