Tylko kulturalnie

Książkowy fast food

To pojęcie znalazło się w październikowych (do)słownych perełkach i uznałam, że zasługuje na osobny wpis. Zwłaszcza teraz, kiedy na dworze jest coraz zimniej, a od 16:00 wydaje się, że to już 22:00 i dlaczego jeszcze stoję w korku skoro już jest noc. Teraz jak nigdy potrzebujemy takich właśnie „comfort books”, z którymi zasiądziemy pod kocem i zanurzymy się w ten trwający 12 godzin wieczór.

Drugą okolicznością, w której książkowy fast food sprawdza się idealnie, są oczywiście wakacje (w sensie URLOP, w języku ludzi dorosłych). Ale zauważyłam, że są dwa typy ludzi: ci*, którzy na wyjazd biorą właśnie te najlżejsze (pod względem treści, nie wagi oczywiście, chociaż jeśli lecimy Ryanairem-kto-wygra-konkurs-na-najmniejszy-bagaż, to i ten aspekt ma znaczenie) pozycje, i ci drudzy, którzy na basenowym leżaku przeżywają swoje najlepsze intelektualne uniesienia nad czyjąś rozprawą doktorską w dziedzinie psychiatrii. No i czemu nie – każdemu według potrzeb.

Pisałam już o tym w poście o czytaniu, ale powtórzę, bo uważam, że to istotne: nie trzeba się wstydzić tego, że czytamy lekkie, odmóżdżające lektury! To jest dokładnie tak, jak z tym fast foodem, dlatego tak spodobało mi się to określenie: od zjedzenia raz na jakiś czas Maczka, nikt (chyba) jeszcze nie umarł! I przecież nie kryjemy się z tym biednym cheeseburgerem gdzieś w ciemnej bramie oglądając się co chwilę za siebie, czy przypadkiem nikt nas nie nakryje, tylko grzejemy się w ciepełku restauracji pod Złotymi Łukami lub na miękkim siedzeniu samochodu, podgryzając sobie kanapkę stojąc na parkingu (nie polecam jedzenia w trakcie jazdy, bo jednak frytki wtarte udem w tapicerkę to nic fajnego).

No, chyba, że jesteśmy Chodakowską lub Lewandowską (lub mężem którejś z nich) – wtedy na serio można rozważyć ukrycie się gdzieś z żarciem z fast fooda, a najlepiej wysłać po to jedzenie kogoś znajomego, ale takiego, którego nie pokazujemy zbyt często na Instagramie, żeby nikt się jednak nie skapnął.

Wracając do książek, bo przecież nie przyszliście tu czytać o cheeseburgerach.

Pamiętam, że moja babcia na wakacjach, na które jeździłam z nią rok w rok w to samo miejsce nad polskim morzem, zabierała ze sobą po kilka romansów Danielle Steel i zaczytywała się w nich siedząc na plastikowym krześle na betonowym tarasie pensjonatu, popijając sypaną kawę obowiązkowo ze szklanki w koszyczku.

Nie ma nic złego w tym, że lubicie sobie co jakiś czas sięgnąć na przykład po autorki takie, jak Lauren Weisenberger (to ta od „Diabeł ubiera się u Prady”), albo po kiepski kryminał z witryny w kiosku Ruchu, bo spodobała Wam się jego okładka. Naprawdę nikomu krzywda się nie stanie, jeżeli pomiędzy wybitnymi autorami na półce postawicie tytuł uznany przez poważnych krytyków w modnych okularach za „literacką pomyłkę”. No trudno, a wy tej pomyłki chcecie doświadczyć samodzielnie, poczuć te ciarki wstydu, i macie (mamy) do tego prawo.

No a jeżeli jesteście Chodakowską albo Lewandowską (/Lewandowskim) polskiego rynku czytelniczego i nie wypada Wam się jednak pokazywać z takimi książkami, tak jak tym paniom z frytkami z majonezem, to przecież zawsze możecie powiedzieć, że to w ramach researchu albo żeby zjechać ten tytuł w recenzji. Wilk syty i owca cała (czyli w wersji korpo „win-win”).

*dygresja, która gdyby wylądowała w tekście, to nigdy nie doszłabym z powrotem do głównego wątku: BŁAGAM, nie piszcie „ci” wielką literą, jeśli chodzi o „tych ludzi”. Chyba to ogromny sukces polskiego szkolnictwa, że wszystkim w czwartej klasie podstawówki, kiedy uczyło się pisać listy i inne formalne pisma, tak się wżarło w mózg, że „Ci” trzeba „z dużej”, że na wszelki wypadek wrzucają to duże C wszędzie, gdzie się da.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *