Na końcu języka

Najgorsze polskie słowa – subiektywne zestawienie

Pamiętam, że jeszcze w gimnazjum założyliśmy ze znajomymi wątek na Gronie (czy ktoś jeszcze pamięta Grono? Przecież tam było całe towarzyskie życie w 2007 roku!), w którym każdy mógł podzielić się swoimi znienawidzonymi słowami. Z perspektywy czasu widzę, że byliśmy trochę jak tacy hejterzy języka polskiego – bez powodu pastwiliśmy się nad niektórymi, bogu ducha winnymi, słowami.

Niemniej jednak już wtedy miałam swoje ulubione i nielubiane słowa, i wiele z nich przynależy do tych kategorii do dziś. Dlatego też postanowiłam się z Wami podzielić tą moją słowną czarną listą – być może odnajdziecie tam takie wyrazy, które również u Was wywołują mdłości i grymas bólu na twarzy, a może będziecie chcieli dodać jeszcze kolejne pozycje do tego – podkreślam, subiektywnego – zestawienia.

Chciałam też na wstępie zaznaczyć, że nie chcę tu nikogo obrażać, nie śmieję się z regionalizmów, i że wszystkie poniższe słowa są poprawne – po prostu działają mi na nerwy i tylko dlatego się tu znalazły.

#1: PORTKI

Odkąd pamiętam, czyli od wczesnego dzieciństwa, bo moja mama od zawsze chętnie używała tego słowa, „portki” wywołują u mnie dreszcz, i to bynajmniej nie taki przyjemny dreszczyk muskający łopatki – raczej ten przenikający do kości, zimny dreszcz przypominający łagodne porażenie prądem. Spodnie. Spodnie mi w zupełności wystarczą i nie odczuwam żadnej, ale to żadnej potrzeby szukania dla nich synonimu.

#2: MIĘSNY (używane w kontekście prezentacji, wystąpienia, artykułu itd.)

Być może użycie tego przymiotnika w tym kontekście dotknęło tylko przedstawicieli niektórych branż (na pewno dotknęło marketing i to aż za bardzo), więc uznam za szczęściarzy tych, którzy do tej pory się z tym nie zetknęli. Naprawdę jest TYLE różnych określeń, którymi można skomplementować wartościowy, merytoryczny (o, właśnie) artykuł, że nie musimy do tego dodawać szynek i parówek. A na zeszłorocznych konferencjach prawie wszystkie prezentacje były „mięsne”, a ja po każdym takim komentarzu byłam bliska kapitulacji.

#3: ŚWIĄD

Czy muszę to tłumaczyć? Nie akceptuję tego słowa i już, ale niestety każda podróż samochodem w godzinach porannych przypomina mi o jego istnieniu (dlatego przerzuciłam się na słuchanie podcastów, bo tam przynajmniej nie trzeba słuchać o świądzie. Chyba, że ktoś akurat słucha podcastu o chorobach wenerycznych, to nadal szanuję). Swoją drogą, nie można powiedzieć po ludzku „swędzenie”? Jakoś tak „łokieć mnie swędzi” jest przyjemniejsze w odbiorze niż „odczuwam świąd w okolicy przedramienia”.

#4: PIEŚCIĆ

Nie da się ukryć, że to słowo jest dużo przyjemniejsze – przynajmniej na poziomie znaczeniowym – od poprzedniego. Niemniej już od dawna mam je na mojej liście, i to w każdym kontekście – niezależnie od tego, czy mówimy o dziecku, o prądzie, czy o sferze łóżkowej. Swoją drogą, używanie tego słowa w tej ostatniej kategorii wydaje mi się jakieś strasznie górnolotne. Takie w stylu „Daj, ać popieszczę twe usta”?. No, nie brzmi po prostu. Aha, no i jeszcze pieszczocha w znaczeniu obroży z ćwiekami. Kto to wymyślił?

#5:  ANIŻELI

No niestety. Wiem, że to nie jest żaden błąd, ale za każdym razem, kiedy ktoś mówi „aniżeli” zamiast zwykłego, krótkiego „niż”, mam ochotę przepasać mój kontusz i udać się na ucztę z resztą szlachty. Powtórzę: nie mam na celu obrażenia nikogo, kto używa i pała pozytywnymi emocjami do tego słowa, to tylko moje prywatne, niczym nieuzasadnione awersje.

#6: WYKON

Co to jest za słowotwórczy koszmarek! I do tego jest wszędzie! Co było złego w „występie” czy „wykonaniu”, że media i branża muzyczna z takim entuzjazmem przyjęły ten dziwny twór? A najlepsze są zbitki w stylu „Ten wykon to była petarda, po prostu sztos!”. Uwielbiam.

#7: POPEŁNIĆ (używane w pozytywnym kontekście)

Zawsze wydawało mi się, że popełnia się raczej złe czyny – błąd, przestępstwo i tak dalej. Tak też zresztą mówi definicja słownikowa. Ale nagle okazuje się, że w mowie potocznej popełnić można również artykuł, utwór, zdjęcie, książkę. Swoją drogą, czy takie użycie nie umniejsza trochę roli autora? Bo skoro nie napisał książki, tylko ją „popełnił”, to trochę jakby zrobił to przez przypadek i nie do końca udanie – tak ja to interpretuję. Ale mogę się oczywiście mylić.

#8: KASŁAĆ

Kolejne słowo, które jest całkowicie poprawne i jest po prostu synonimem, a jednak budzi we mnie nieuzasadnioną niechęć. Jakoś „kaszlenie” jest dla mnie bardziej konkretne, lepiej opisujące problem, podczas gdy „kasłanie” jest jakieś takie niezdecydowane. W końcu syropy też są „na kaszel”, a nie „na uporczywe kasłanie”.

#9: KLUSKI (używane zamiast „makaron”)

Kluski śląskie, a i owszem. Ale kluski, kiedy mówimy o spaghetti bolognese? To już mi nie pasuje. A jakoś w języku polskim utarło się, że jak z mąki, to kluska, więc dlaczego makaron nie może być też kluską. No dla mnie nie może, i już.

#10: ZGRUBIENIA W RODZAJU ŻEŃSKIM (krecha, trzydziecha, Zocha itd.)

No jakoś nie mogę, uważam, że dużo zgrabniej brzmią normalne wersje tych słów: kreska, trzydziestka, Zośka nawet, jeśli nie Zosia. Takie zgrubienia kojarzą mi się z rozmową pod monopolowym, przeplataną łykami czystej i splunięciami. A może po prostu nie lubię innych form, niż te „właściwe” (z niektórymi zdrobnieniami też mam problem).

Popełniwszy ten mięsny (brrr), mam nadzieję, artykuł, zostawiam Was w refleksji nad własnymi listami znienawidzonych słów. Będzie mi bardzo miło, jeżeli zechcecie się nimi podzielić. Kto wie, może któryś z Waszych słownych koszmarów wzbogaci również mój prywatny ranking?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *