Tylko kulturalnie

Nie czytasz – nie idę z Tobą nigdzie

Do tego wpisu zainspirował mnie post Martyny Zagórskiej, redaktor naczelnej magazynu JOY, który wrzuciła jakiś czas temu na swój fejsbukowy profil. Post jest długi i nie będę go tu przytaczać w całości, wrzucę jego najważniejszy – według mnie – fragment. (Jeśli chcecie przeczytać cały post, kliknijcie tu)

Żebyście poznali kontekst: chodzi o liczne próbki pisarskie, jakie, z racji swojego stanowiska, otrzymuje autorka. Próbki od osób szukających pracy, od początkujących dziennikarzy, od studentów, którzy chcą się dostać na staż do magazynu.

I taką oto refleksją, po przeczytaniu X marnych tekstów, dzieli się Martyna:

Wszystko sprowadza się do jednej kluczowej czynności, która nie jest przez ad hocowych pasjonatów pisania wykonywana. Do czynności, która wśród innych góruje dumnie i żyje od lat na piedestale. I jej, Panie drogi czy Pani droga, nie przeskoczysz, bo droga jest Twemu mózgowi jak Helena Skrzetuskiemu.
(A jeśli -z jakichś skandalicznych powodów- tych państwa nie kojarzysz, to jest gorzej niż myślałam i tym bardziej czytaj dalej.)
No własnie.
Bo ja o czytaniu.
CZYTAJ.
Na papierze, na czytniku, na czymkolwiek. 
W autobusie, w łóżku, w parku.
Powieści, reportaże, kryminały.
CZYTAJ.
I to już nawet nie chodzi o to, że czytając, wiesz potem gdzie przecinek postawić, a gdzie kropkę, że więcej słów znasz, że wyobraźnię rozwijasz, wiec zamiast wystukać na laptopie „widzę śpiących ludzi na przystanku”, naskrobiesz piórem „wiadro ziewających ludzi chlusnęło mi w twarz”.
Tu chodzi o coś znacznie cholera ważniejszego.
O świadomość ścisłych relacji, łączących czytanie i… wszystko inne.
Nie czytasz-nie umiesz (dobrze) pisać.
Nie czytasz – nie umiesz (poprawnie) mówić.
Nie czytasz – nie umiesz się (skutecznie) komunikować.
Czytanie to fundament.

Ileż w tym prawdy! Wystarczy spojrzeć, jak wiele odniesień do kultowych książek pojawia się w życiu codziennym, w filmach, w innych tekstach kultury.

Jeśli czytasz, a ktoś w Twoim otoczeniu powie „Nasze państwo zaczyna przypominać orwellowską rzeczywistość”, to powiesz „Taaa, brakuje nam tylko Ministerstwa Prawdy!”, a nie z miną znawcy przytakniesz milcząco, nie wiedząc do końca, co autor miał na myśli, jednocześnie notując sobie w głowie, żeby zaraz po spotkaniu sprawdzić w Wikipedii, o co chodzi.

Jeśli czytasz, znasz więcej słów, szybciej rozumiesz kontekst, sprawniej radzisz sobie z przebrnięciem przez długie maile w pracy (co za oszczędność czasu) i sam potrafisz lepiej wyartykułować, co masz na myśli – same plusy!

Na szczęście co jakiś czas pojawia się „boom” na konkretnego autora lub tytuł, i wtedy wszyscy, nawet ci, którzy ostatnią książkę przeczytali przed maturą i to nie do końca, bo to byli „Chłopi”, więc sorry, kupują ebooka, żeby przynajmniej móc powiedzieć, że MHM, TEŻ TO CZYTALI. I nawet jeśli w połowie zrezygnują, to przynajmniej próbowali, więc nie najgorzej.

Tak było ostatnio w przypadku książek Olgi Tokarczuk. Po informacji o Noblu, na Instagramie posypały się zdjęcia z jedną, a najlepiej ze stosem wszystkich jej powieści (przecież w obecnych czasach nie trzeba tak naprawdę CZYTAĆ książki, wystarczy się z nią pokazać w social mediach). Nawet ci, którzy dzięki Noblowi usłyszeli o Tokarczuk po raz pierwszy, teraz koniecznie muszą przeczytać przynajmniej „Biegunów”, no bo inaczej trochę wstyd.

I chociaż w tym swoim wielkim czytelniczym powrocie (lub rozpoczęciu literackiej przygody) mogliby sięgnąć najpierw po coś lekkiego, czego lektury nie zakłóci łokieć współpasażera w tramwaju wbijający się w żebro ani kawiarniany szum Starbucksa („Zapraszam Olgę po latte na sojowym!”), to oni jednak muszą z grubej rury – albo Noblistka, albo nikt. A szkoda, bo nie-Noblista to bardzo szeroka kategoria mieszcząca wiele przyjemnych pozycji.

To trochę jak z dietą – jeśli powiemy sobie „od dzisiaj zero słodyczy!”, to istnieje duże ryzyko, że w najbliższy piątek zobaczymy samych siebie objadających się na kanapie czipsami i czekoladą z nadzieniem z masła orzechowego (<przerwa na spacer do szafki ze słodyczami>). A jeśli podejdziemy do tematu rozsądnie, metodą małych kroków i bez radykalnych zakazów, nasza dieta będzie trwała dłużej i przyniesie wymierne efekty. Tak przynajmniej mówią wszystkie Chodakowskie i Lewandowskie tego świata. Oprócz tych promujących głodówki. Ich nie słuchamy.

I tak samo jest z czytaniem – nikt nie każe zaczynać od Noblistów i czytać tylko ambitne pozycje polecane przez Pismo (ten magazyn, nie biblię), szczególnie jeżeli przy niektórych z nich NAPRAWDĘ musimy co stronę robić przerwę na przewietrzenie mózgu. Można czytać same „łatwe, lekkie i przyjemne” – ja też lubię od czasu do czasu po takie sięgać – i nadal będzie to lepsze od nieczytania niczego. Serio!

Czytanie to nie jest snobizm, przywilej, nie trzeba być wielkim intelektualistą. Nie trzeba się też wstydzić, jeśli z wypiekami na twarzy czytamy serie napisane teoretycznie dla nastolatków (no, może oprócz „Zmierzchu”, tu bym się chwilę zastanowiła. Żartuję, no bad book shaming). Czytajmy, żeby móc aktywnie uczestniczyć w dyskusjach. Czytajmy, żeby móc powiedzieć „ta ekranizacja to jakiś żart”. Czytajmy, żeby nie zostać instagramowymi zombie, dla których już nawet dłuższy opis pod zdjęciem jest za długi do przyswojenia. Czytajmy!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *