Język w reklamie

Od boomera do influencera

W lutym w branży na chwilę zawrzało (na chwilę, bo – jak to zwykle bywa – zaraz pojawiły się nowe hot tematy do debat przy kawie w korpokuchni), kiedy Kuba Wojewódzki ogłosił, że wraz ze wspólnikiem zakłada własną agencję influencer marketingu. Najwięcej śmieszków dotyczyło nie samego faktu, ale osób reprezentowanych przez ten nowy podmiot.

No bo przecież, haha, jacy to influencerzy z Magdy Gessler czy, haha, z samego Kuby W. Gdzie im do PRAWDZIWYCH influencerów, czyli hm… no właśnie, do kogo?

Czy jeśli taniec Magdy Gessler z rodziną rozszedł się viralowo w skali, jakiej dawno nie widziałam u „instagramerów” czy innych „youtuberów”, dorobił się swojego challenge’u i wielu przeróbek, to nie jest to silniejszy influence (przypominam: z ang. wpływ) niż ta deklarowana mega zaangażowana społeczność u wiecznie-20-letnich modelek z Instagrama?

Czy jeśli do programu Kuby Wojewódzkiego wciąż przychodzą kolejne gwiazdy młodego pokolenia, żeby promować swoje filmy, płyty, projekty, to nie wskazuje to na duże znaczenie medialne tego niby old schoolowego showmana?

To my, marketerzy i zleceniodawcy, nadaliśmy tytuł „influencer” – i idące za nim wyróżnienie – nie patrząc do końca na rzeczywiste oddziaływanie, jakie mają dane osoby, ale raczej na charakter działaności, jaki wykonują. Dlatego też obecnie influencerem nazywa się niemal każdy z liczbą obserwujących na poziomie 2 tys.+, a każda z agencji dysponuje rzeszą mikroinfluencerów gotowych do współpracy z każdą marką, która jest gotowa wysłać produkt „do testów” lub – jak się trafi – zapłacić.

Dlatego zgadzam się ze stwierdzeniem, które padło w przytoczonym artykule: „To silne marki w szeroko pojętej przestrzeni publicznej”. Bo to właśnie tym powinien być influencer – silną marką osobistą. Nie musi mieć milionowych zasięgów, bo doskonale wiemy, że czasem te cyferki potrafią być wyjątkowo puste jeśli chodzi o zaangażowanie. Ale dopóki nie będzie silną marką – w swoim obszarze, wśród swojej społeczności – nie powinien być tytułowany influencerem.

Prawdą jest też, że tzw. tradycyjni celebryci zaczęli już jakiś czas temu dostrzegać potęgę internetu (Instagrama, a nawet TikToka), i o ile w przypadku niektórych te działania są jeszcze dość nieudolne, o tyle są już tacy, którzy w tej przestrzeni radzą sobie naprawdę nieźle – zaryzykuję stwierdzenie, że czasem lepiej niż ci „rodowici” influencerzy, którzy wyrośli na Instagramie.

Tak że (nie „także”) śmieszki śmieszkami, ale kto się śmieje, ten sam sobie dołki kopie, czy jakoś tak, i nic tylko czekać na kolejny #gesslerchallenge, który dotrze do każdej grupy wiekowej skuteczniej niż memy z panem ze stocka (ten do dopiero influencer)!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *